Kiedyś razem z kumplem od planszy dyskutowaliśmy na temat klimatu w grach. Usłyszałem wtedy pamiętne słowa: „ dla mnie gra może być o d… Maryni, byle mechanikę miała dobrą”. Cóż, Duck Dealer jest właśnie taką grą. Co prawda Marynia w niej nie występuje, ale tematyka jest wystarczająco abstrakcyjna. Za to mechanizm… Lubiący naprawdę dłuuuuuugofalowe planowanie ruchów powinni być zadowoleni.
Zasiadasz za sterami wahadłowca i ruszasz na podbój kosmosu. Zadania, jakie na ciebie czekają są całkiem proste: handel, rozbudowa infrastruktury przemysłowej, zaopatrywanie poszczególnych planet w określone dobra. Duck Dealer bazuje na mechanice pick up & deliver (czyli weź coś i dostarcz gdzie indziej) podniesionej do potęgi. Kosmiczny handel opiera się na zbieraniu surowców, przetwarzaniu ich i sprzedaży. Surowce można przetwarzać kilkakrotnie, w coraz bardziej dochodowe dobra.
A jak w Duck Dealerze wykonywać akcje? I ile ich można wykonać?
Zależy od statku. Na promie można umieścić ładownie (wiadomo służą do przewożenia surowców/dóbr), moduły transportowe (czerwone – służą do poruszania statku), moduły handlowe ( niebieskie - do pobierania, sprzedawania i przetwarzania surowców/dóbr) i moduły budowlane (żółte – do budowania fabryk, przywilejów i szlaków kosmicznych). Im więcej sprzętu na statku, tym wolniej maszyna się porusza. W trakcie tury można gromadzić moduły lub ich używać – lecąc w kosmos.
Na czym polega piękno/koszmar Duck Dealera? Kilka tur można gromadzić żetony, by wykonać jeden fantastyczny lot i załatwić wszystko i wszystkich. Przewieźć pobrane surowce do nowo wybudowanych fabryk, przetworzyć i polecieć dalej. Wada? Planowanie fantastycznego lotu potrafi przegrzać mózgowe zwoje. Patrząc na planszę i zgromadzone żetony układasz w myślach ciąg zadań, które chcesz wykonać i podejmujesz decyzję – gromadzić dalej, czy lecieć? Tragedia zaczyna się, kiedy przeciwnik poleci pierwszy i zrealizuje część założeń, które zaplanowałeś. Twój misterny plan bierze w łeb i musisz ułożyć nowy. Wyczucie odpowiedniego momentu na działanie jest kluczowym elementem gry.
Na wstępie zaznaczyłem, że klimat w Duck Dealerze jest dość abstrakcyjny. Cóż, trudno nazwać racjonalnym budowanie kosmicznej potęgi z pisanek.
Albo gumowych kaczuszek.
Albo angielskich budek telefonicznych.
Nie oszalałem. To właśnie surowce wykorzystywane w grze. Teraz wyobraź sobie – przewozisz żółtą kaczuszkę i niebieską farbę, by w fabryce przetworzyć je na… Niebieską kaczuszkę. Logiczne prawda? Niebieska kaczuszka i odtwarzać CD posłużą do zbudowania religijnej potęgi. Jak? Nie pytajcie, ważne, że można na tym sporo zarobić.
Dotarłem do kosmicznej mety. Duck Dealer serwuje zabawę dla zaawansowanych graczy, którzy lubią planować długo, długo do przodu. Zwycięzcą zostanie ten, kto elastycznie dostosuje się do sytuacji na planszy i we właściwym momencie wykona optymalne ruchy. Niestety planowanie optymalnego ruchu zazwyczaj zajmuje trochę czasu. Na tyle dużo, by czekając na swoją turę w międzyczasie zagrać w inną grę na boku. Poza tym trudno spamiętać, co się z czego otrzymuje, a ikony są malutkie i mało intuicyjne. Design Duck Dealera przypomniał mi polskie gry planszowe z lat 90-tych. Niemniej każda rozgrywka w DD przyniosła mi sporo satysfakcji, zmuszała do kilkudniowych przemyśleń i wywoływała żywe dyskusje w gronie współgraczy. Spróbujcie sami.
Zdjęcia pochodzą z serwisu www.boardgamegeek.com


